Kubek kawy. Stara szklanica, w której gaszę niedopałki. Kartki
wydrukowanych tekstów rozrzucone po biurku. Butelka po wodzie mineralnej, którą
dokończyłem jakiś czas temu. Wieża – niby włączona, a żadna muzyka nie płynie.
Kilka wizerunków bliskich mi Osób. Słownik. Taki świat jest właśnie przede mną.
Jest w nim coś monotonnego i ciekawego zarazem… Oglądam go za zawsze, kiedy
siadam przed komputerem. Codziennie ten sam, w bezruchu i w swej ciszy
niezmienny… Ale mój.

A to, co za mną – nie istnieje. Zostawiłem tam sporo
własnych planów i marzeń, do których – dziś mądrzejszy – nie chcę wracać. I
dobrze. Dziś uśmiecham się do tego, co przede mną. Do tego, co na wyciągnięcie
ręki – pustej butelki po wodzie, obrazów, żarzącej się świetlówki w lampce, słownika
zakurzonego. Ukułem sobie kiedyś receptę na czystość umysłu. Trudna, ale mi
pomaga: Jeżeli możesz coś zmienić – zmień to, jeżeli masz wątpliwości – próbuj,
jeżeli wiesz, że nie dasz rady – zostaw.

Choć magazynuję w sobie brednie, które suszę jak grzyby na
zimowe wieczory, to wiem, że mądry człowiek to ten, który potrafi zaakceptować
swoją głupotę. Ja swojej nie zaakceptowałem jeszcze do końca. Ciągle wydaje mi
się, że powinienem wiedzieć… Co? Prawdę. Tę, która mnie stworzyła i do której
uciekam w chwilach, gdy gubię się we własnym wnętrzu.

Są chwile, kiedy świat wydaje mi się zapisaną kartką, której
nikt nie odważył się podpisać. I wtedy ogarnia mnie smutek, który pożera mnie
od środka jak tasiemiec gigantycznych rozmiarów. Ale, Bogu dzięki, te chwile
trwają najczęściej po kilka sekund. Tasiemiec duchowy nie ma dalszej pożywki i
ginie śmiercią naturalną. A ja przecieram oczy i rozglądam się wokół siebie.
Świat ma swego Autora. To On stworzył to, czym dziś sycę swoje wnętrze – słowa,
które układają się w sens; nuty, które nauczył się czytać tylko wiatr w
akompaniamencie górskiego potoku; obrazy, które doskonale zna wiszący pod
niebem jastrząb; pytania, które stymulują moją wyobraźnię i chęć gonitwy za Prawdą;
wreszcie, to On stworzył człowieka, którego nie da się do końca pojąć.

Stara opowieść mówi, że pewien wątpiący (nie istnieje słowo:
ateizm) stanął nocą pod gwieździstym niebem. Wzniósł oczy ku górze i zachwycił
się. Poczuł ogarniające go wzruszenie i radość, ale nie wiedział, komu za to
dziękować. Były chwile, że i ja patrzyłem podobnie… Teraz patrzę przez okno. Poprzez
chmury przedziera się kilka gwiazd. Dziś wiem, komu należą się za nie dzięki. I
choć pytania bez odpowiedzi dręczą mnie okrutnie – zasnę dziś z uśmiechem na
twarzy. Bo wiem, Kto za tym wszystkim stoi.

Dopalam papierosa. Kartka mego życia, którą kreślę
nieustającym pociągnięciem pióra – kiedyś będzie podpisana. Oddam CV. I
podpiszę się – z imienia i nazwiska.