szpagatfilozoficzny blog

Twój nowy blog

Bez podpisu

1 komentarz

Kubek kawy. Stara szklanica, w której gaszę niedopałki. Kartki
wydrukowanych tekstów rozrzucone po biurku. Butelka po wodzie mineralnej, którą
dokończyłem jakiś czas temu. Wieża – niby włączona, a żadna muzyka nie płynie.
Kilka wizerunków bliskich mi Osób. Słownik. Taki świat jest właśnie przede mną.
Jest w nim coś monotonnego i ciekawego zarazem… Oglądam go za zawsze, kiedy
siadam przed komputerem. Codziennie ten sam, w bezruchu i w swej ciszy
niezmienny… Ale mój.

A to, co za mną – nie istnieje. Zostawiłem tam sporo
własnych planów i marzeń, do których – dziś mądrzejszy – nie chcę wracać. I
dobrze. Dziś uśmiecham się do tego, co przede mną. Do tego, co na wyciągnięcie
ręki – pustej butelki po wodzie, obrazów, żarzącej się świetlówki w lampce, słownika
zakurzonego. Ukułem sobie kiedyś receptę na czystość umysłu. Trudna, ale mi
pomaga: Jeżeli możesz coś zmienić – zmień to, jeżeli masz wątpliwości – próbuj,
jeżeli wiesz, że nie dasz rady – zostaw.

Choć magazynuję w sobie brednie, które suszę jak grzyby na
zimowe wieczory, to wiem, że mądry człowiek to ten, który potrafi zaakceptować
swoją głupotę. Ja swojej nie zaakceptowałem jeszcze do końca. Ciągle wydaje mi
się, że powinienem wiedzieć… Co? Prawdę. Tę, która mnie stworzyła i do której
uciekam w chwilach, gdy gubię się we własnym wnętrzu.

Są chwile, kiedy świat wydaje mi się zapisaną kartką, której
nikt nie odważył się podpisać. I wtedy ogarnia mnie smutek, który pożera mnie
od środka jak tasiemiec gigantycznych rozmiarów. Ale, Bogu dzięki, te chwile
trwają najczęściej po kilka sekund. Tasiemiec duchowy nie ma dalszej pożywki i
ginie śmiercią naturalną. A ja przecieram oczy i rozglądam się wokół siebie.
Świat ma swego Autora. To On stworzył to, czym dziś sycę swoje wnętrze – słowa,
które układają się w sens; nuty, które nauczył się czytać tylko wiatr w
akompaniamencie górskiego potoku; obrazy, które doskonale zna wiszący pod
niebem jastrząb; pytania, które stymulują moją wyobraźnię i chęć gonitwy za Prawdą;
wreszcie, to On stworzył człowieka, którego nie da się do końca pojąć.

Stara opowieść mówi, że pewien wątpiący (nie istnieje słowo:
ateizm) stanął nocą pod gwieździstym niebem. Wzniósł oczy ku górze i zachwycił
się. Poczuł ogarniające go wzruszenie i radość, ale nie wiedział, komu za to
dziękować. Były chwile, że i ja patrzyłem podobnie… Teraz patrzę przez okno. Poprzez
chmury przedziera się kilka gwiazd. Dziś wiem, komu należą się za nie dzięki. I
choć pytania bez odpowiedzi dręczą mnie okrutnie – zasnę dziś z uśmiechem na
twarzy. Bo wiem, Kto za tym wszystkim stoi.

Dopalam papierosa. Kartka mego życia, którą kreślę
nieustającym pociągnięciem pióra – kiedyś będzie podpisana. Oddam CV. I
podpiszę się – z imienia i nazwiska.

I znów siedzę w szlafroku. I znów grubo po północy. Ostatni
dzień 2008 roku. Zastanawiam się, czego sobie życzyć…  

Czy odnajdę drogę, która zapisana jest pod moimi powiekami? Czy
odkryję skarb, który sam zakopałem, a do którego mapę zgubiłem? Czy wykrzyczę
wreszcie swoje imię świadom tego, że ktoś na nie odpowie? Czy zrozumiem to,
czego nigdy zrozumieć nie chciałem? Czy ucieknę, tam, gdzie nikt mnie nie
znajdzie? Czy dam się znaleźć, gdy ktoś uzna, że jestem gotów? Czy zacznę żyć
dniem dzisiejszym, świadom tego, że „jutro” samo mnie pozytywnie zaskoczy? Czy pogodzę
się z ciszą Tego, który ze swej natury ukierunkowany jest na „bycie”?

Krążę we własnej głowie. Pośród tysięcy pytań i garstki
odpowiedzi. Słowa… Wszędzie słowa… Nawet w mojej głowie. Świat składa się ze
słów – tych wypowiedzianych, tych zapisanych, wyśpiewanych, wykrzyczanych i
wyszeptanych, tych, których jeszcze nie wypowiedzieliśmy, bo albo chcemy, by
było tylko naszą własnością, albo boimy się ich wypowiedzieć. Gorąco w to
wierzę, gdyż bez słowa nie ma człowieka.

Bez sztucznych manifestów opiewających to, kim jest
człowiek, z całą odpowiedzialnością mówię dziś do siebie: „Jesteś
wypowiedzianym przez Boga słowem. A każde Jego słowo jest bezcenne”.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie mnie – wypowiadanego. Ja  wypowiadany… Wyszedłem z ust, które nigdy się
nie mylą. Zostałem stworzony z dźwięków, których jeszcze nie było dane usłyszeć
człowiekowi. I wiem, że Ten, który mnie wypowiedział – jest odpowiedzialny za
swoje słowo. To daje mi siłę, by uwierzyć, by wierzyć… Dodaje mi skrzydeł, o
których istnieniu już zapomniałem. A słowo musi mieć skrzydła – wszak unosi się
pomiędzy. Pomiędzy mną i wszystkimi, którzy mnie otaczają. Pomiędzy
wypowiedzianym a Wypowiadającym. Pomiędzy… Jeżeli między ludźmi zabraknie
słowa, pojawi się miejsce na pustkę. A pustka zniszczy wszystko to, czego
zniszczenia nie chcemy. Słowo żyje. I dopóki jest „pomiędzy”… i my żyjemy.

Kiedyś, dwadzieścia sześć lat temu, Starzec usiadł i
wypowiedział mnie. Piszę „Starzec” nie jakobym wierzył w Jego długą i siwą
brodę, ale dlatego, że to słowo jest dla mnie synonimem mądrości. Bo to Mądrość
wypowiedziała pierwsze Słowo – Tego, ponad którego nic więcej wypowiedziane nie
będzie.

Pojedyncze słowo może być piękne, ale bez kontekstu (innych
słów), nawet najpiękniejsze słowa więdną. Np. miłość. Nie ma miłości, bez
podmiotu. Musi być ktoś, kto jest jej adresatem. Inaczej oszukuję samego
siebie. „Ja – Ty”. Ale również „Ty – Ja”.

Jakie wnioski wyciągam dla siebie z moich dzisiejszych
przemyśleń? Jeszcze nie wiem. Z całą pewnością komuś o nich opowiem…

Ja – wypowiedziany.

Dziwnym trafem włączyłem dziś
grające pudełko na jedną z polskich stacji telewizyjnych.  I oto na ekranie rozmawia dwójka ciekawych
osób. Naprzeciw siebie pan Tomasz Lis i pan Jurek (sam lubi tak o sobie mówić)
Owsiak. Dyskusja dotyczy autorytetów. Pan Owsiak został wybrany numerem jeden
wśród polskich autorytetów (co niektórych w ogóle nie dziwi, a innych
przyprawia o nerwobóle).

                Obaj
panowie próbują stworzyć klimat oficjalnego wywiadu (choć mówią do siebie na „Ty”).
I obojgu to nie wychodzi. Wiadomo, że znają się od podszewki (bądź co najmniej od
„szewki”). Pan Jurek jest jakoś szczerszy i nie owija w bawełnę (jak na
autorytet przystało). Pan Lis zaś jakby obudził się tuż przed programem (żal
mi, że tak łatwo dał sobie spiłować „pazurki”).

                 Pan Tomasz wyczytał gdzieś (z zasady nie robi
tego redaktor prowadzący, ale cóż…) przed wywiadem opinie na temat p. Owsiaka.
Nie była to bynajmniej litania, których pochlebne brzmienie zdarza nam się
słyszeć w kościołach. Od zarzutów o promowanie „nowej świeckiej religii” po „zbieranie
satanistycznej krwi” (oddawanie krwi przez uczestników Przystanku). Obserwuję
reakcje p. Owsiaka – nic, spokój na twarzy i logiczne odpowiedzi. Patrzę na
pana Tomasza – wygląda jakby sam nie wiedział, co chce osiągnąć przytaczając te
cytaty.

                Delikatnie
mówiąc – dyskusja niewiele mi dała. Utwierdziłem się tylko w tym, że p. Lis zgubił
gdzieś po drodze swej dziennikarskiej kariery chytry ogonek i przebiegłość.
Utwierdziłem się również w tym, że p. Owsiak wygląda na człowieka o spokojnym
sumieniu (dla mnie to wystarczy). I wreszcie – utwierdziłem się w tym, że sam
nigdy nie odważyłbym się powiedzieć o kimś, kto uratował choć jedno ludzkie
życie, że nie może być autorytetem.

                Program
zmusił mnie do postawienia sobie pytania, o mój własny autorytet (jak mówią – trudne
słowo). Od razu zaznaczę, że gdybym miał ułożyć własną, abstrakcyjną drabinę
osób, które w pewnych sprawach są dla mnie autorytetem, to z całą pewnością
znaleźliby się na niej obaj wymienieni wyżej panowie. P. Owsiak, bo szaleniec
ma pasję i brnie do przodu. P. Lis, bo pomimo tego, że wymieniany był wśród
pewniaków wyborów prezydenckich – zdementował takowe pogłoski i nie zrezygnował
z tego, co lubi robić.

                A mój
ideał? Lubię ludzi spokojnych, o szalonych pomysłach. Ludzi zrównoważonych, o
niezrównoważonych czynach. Ludzi mądrych, a jednocześnie potrafiących mówić o
banałach. Lubię ludzi porządnych, którzy z autopsji wiedzą co to – nieporządek.
Lubię ludzi odważnych, którzy poczuli konsekwencje swych czynów. I wreszcie,
kocham ludzi szczerych, którzy potrafią powiedzieć mi prosto w twarz, że się mylę.
I Ci są moimi autorytetami i oni właśnie uczą mnie najwięcej o życiu. Grzebiąc kurzą
łapką w mojej głowie, by wydobyć te nazwiska, które wymieniłbym wśród polskich „naj”,
odnajduję worek z etykietką: „Nauczyciele”. Wkładam dłoń i wyciągam przypadkową
karteczkę. Pierwszy wpadł mi do ręki Filozof. Pan prof. Kołakowski pokazał mi, że
mylę się sądząc, iż filozof nie zmienia nigdy zdania. On nauczył mnie, że
człowiek wolny idzie za głosem serca, marzeń i rozsądku. Ks. Hryniewicz – on nauczył
mnie, że nadziei nie da się wyrwać z ludzkiego serca żadną siłą. Prof.
Bartoszewski, że uśmiechać można się nawet „po Oświęcimiu” oraz, że „warto być
przyzwoitym”. Jan Paweł II dał mi lekcję pt.: „Jak wytrwać do końca”. Mój śp. Proboszcz
Janusz nauczył mnie, że można umierać godnie z rakiem mózgu i jak pozostawić swoje
serce nadal na ziemi. Moja Rodzina nauczyła mnie najważniejszego słowa w życiu:
miłość. Moi Przyjaciele – wierności.

Autorytet, to  osoba, od której mogę się czegoś nauczyć. Nie
ten, który świeci blaskiem nieskazitelności, a ktoś ludzki, kto da mi wskazówkę
jak żyć (prof. Gadacz na przykład). To osoba, od której będę mógł wykraść
sposób na życie z pasją i dla pasji. Całe szczęście mam jeszcze trochę czasu
(nie lubię słowa „czas”), by  uczyć się
do końca.  

                Moich autorytetów
nie jestem w stanie zliczyć. Jednak jedna osoba z pewnością odcisnęła na mnie
swe piętno i zapamiętam ją na całe życie. Wstyd mi, ale nie pamiętam jak miała
na imię… Jej syn zaś nazywał się Tomasz. Spotkałem ich na jednym z oddziałów kardiologii
niemowlęcej w Krakowie. Tomaszek miał niecały miesiąc i ani razu od chwili
swych urodzin nie był w domu. Od pierwszego zachłyśnięcia się powietrzem, z
wrodzoną wadą serca, leżał w szpitalu. Jego matka podeszła do mnie i
wypowiedziała słowo, którego najbardziej na świecie się wtedy bałem: „Dlaczego?”.
„Gdyby choć Bóg powiedział mi, że taka Jego wola, zniosłabym to. Gdybym choć
miała jakiś znak, że On się nim po śmierci zaopiekuje – oddałabym go w Jego
ręce. Krzyczę, ale On nie odpowiada. Dlaczego?”. Stałem wtedy z głową
spuszczoną w podłogę i milczałem. Szukałem w głowie mądrych słów, by dać tej kobiecie
ułamek nadziei, bądź kroplę otuchy. Ale odkryłem wtedy w sobie jałową glebę.
Pustkę i bezradność, które mnie pochłonęły. Moje usta się nie otworzyły, a zęby
nie przepuściły żadnego słowa. „Pomodlisz się za Tomaszka?” – zapytała.
Modliłem się całą noc. Przy mojej następnej wizycie w szpitalu zobaczyłem puste
łóżko. Tomaszka już nie było na tym świecie. Siedział pewnie wygodnie na
kolanach Ojca. Jego mamy nigdy w życiu już nie spotkałem. Dziś łatwiej mi się o
tym pisze, ale świadomość bezradności przeraża mnie nawet teraz, kiedy myślę
o tamtym dniu…

                Jest
kilka minut po 1 w nocy. Siedzę w swoim pokoju w szlafroku. Dym papierosowy
unosi się nade mną. Za oknem cisza (nawet karetki nie słychać). W domu również cisza.
A ja siedzę i już wiem. Potrafię dziś nazwać rzeczy, których nazwać do tej pory
nie potrafiłem. Wiem, kto jest moim autorytetem – bezimienna mama Tomaszka. Ona
nauczyła mnie, co to znaczy wierzyć.

                Wieczny
odpoczynek racz mu dać Panie… A autorytetom mym – błogosław. Amen.

Zdarzało mi się
zamknąć oczy i biec w kierunku, z którego dochodził do mnie krzyk: „Tu jestem!
Mnie szukasz!Wolnością mnie zwą”. Goniłem ten krzyk, który, raz po raz, odzywał
się w moim zbuntowanym wnętrzu. I do dziś dnia nie zbliżyłem się do niego ani o
centymetr. Oddala się z każdym moim krokiem. Cofa się, gdy mi się właśnie wydaje,
że to tuż za rogiem…

 

Wolność to jedno z najtrudniejszych
pojęć jakie udało się wymyślić człowiekowi (mówię o słowie, nie o „tym”, czym
jest ona istotowo). Pytając się własnego odbicia w lustrze: „Co rozumiesz pod
tym pojęciem?”, pada najczęściej odpowiedź: „Nie wiem do końca, ale wiem, że
tego pragnę”. Wolność to słowo, które przekracza nasze zdolności poznawcze.
Gdybym zapytał kogokolwiek: „Czym jest zegarek? Czym chleb? Czym samolot?”, z
całą pewnością nikt nie miałby najmniejszych problemów z klasyfikacją bądź
opisem tego, co kryje się pod wymienionymi pojęciami. Z wolnością jest inaczej.
Wiem, bo pytam się o nią codziennie. Wiem, bo pytam o nią również moich
przyjaciół, bliskich, osoby, które wiedzą o życiu więcej ode mnie. Żaden z nich
nie potrafił mi udzielić odpowiedzi, za którą oddałby przysłowiową prawą rękę.
Ale każdy z nich potrzebował choć kilku chwil, by choć zacząć odpowiadać. Czym
więc jest owa wolność, której pragniemy?

 

Istnieje we mnie obawa, że
powtarzanie w kółko słowa, którym szafuje się powszechnie (a którego znaczenia
chyba jeszcze nie odszyfrowaliśmy) stanie się kolejnym przytaczaniem pustego
wyrażenia, do którego każdy będzie mógł przypiąć taką łatkę, jaka będzie mu
najbardziej odpowiadała. W imię wolności przecież zginęły miliony (broniąc
autonomii własnych państw), w imię wolności mordowano, często przypadkowych,
ludzi, którzy znaleźli się nie w tym miejscu i nie o tej porze (wystarczy przypomnieć
rewolucję francuską wraz z jej sztandarowym hasłem: „wolność, równość i
braterstwo”). Ale w imię wolności również stano na chińskim placu Tien An Men.
Każdy w imię wolności – wolności, bądź tego, co sam chciał rozumieć pod tym
słowem.

 

Wydaje mi się, że szczerbate echo,
które ślepo goniłem w poszukiwaniu wołającego mnie głosu, dziś się ze mnie już nie
śmieje. Wiem ciut więcej choć i mniej też wiem – ciut. Zwiedziłem już kilka
marginesów wymyślonych historii, po których z niedosytem odkładałem na półkę
przeżutą książkę. Wydawało mi się, że jakaś historia unosi mnie za włosy, by z
wysokości pokazać mi wolność, lecz zawsze – niestety – rzucała mnie ostatecznie
na ziemię. Ktoś na jednym z marginesów napisał, że wolność jest „od”. Ktoś
dopisał, że „do”. I obaj mieli rację.

 

Język potrafi ograniczyć. Ale
potrafi też wyzwolić. I na tym polega problem. Bo wolność, to nie słowo, które
można utuczyć do granic możliwości jak gęś francuską. To spojrzenie bez lęku. W
dal, w przyszłość, która często używa tylko czarno-białych kredek. I na tym
polega wolność? Dla mnie tak. Pozwalam sobie marzyć, że wolność to wciąż na
nowo odchudzane emocje i brak lęku. Brak lęku przed tym co będzie i przed tym,
co było.

 

Skąd taki pomysł? Już tłumaczę.

Niewiele rzeczy potrafi zerwać
zwisający z rynny sopel lodu zza mojego okna i wsadzić mi go za koszulę. Ale
ostatnio właśnie tak się poczułem. Siedziałem z przyjaciółmi i popijając
herbatę wziąłem do ręki pewne pismo. Na jednej ze stron tekst o Kamilu. Znów
dałem się unieść za włosy i znów uleciałem. I znów rzucono mnie na ziemię. Tym
razem wylądowałem inaczej – zwinięty w kłębek z soplem lodu za koszulą. I już
wiedziałem, że wolność nie mieszka wysoko, że nie trzeba się unosić, by ją
odnaleźć – ona kładzie się pod naszymi stopami.

Kamil był chory. Miał 15 lat.
Umierał na nowotwór kręgosłupa. Zostało mu około dwudziestu dni życia. Jego
mama wspomina jak na tydzień przed śmiercią Kamil zapytał: „Mamo, czy ja
umrę?”. „Umrzesz, synku” – odpowiedziała. „Mamo, a dlaczego Bóg dał mi tylko
piętnaście lat życia?”. „Nie wiem” – odpowiedziała. „Mamo, a dlaczego ja
pierwszy od Ciebie?”. „Nie wiem”. „Mamo, a kto będzie się mną opiekował w
niebie, jak Ciebie tam nie będzie?”. „Babcia Hela wyjdzie po ciebie” –
odpowiedziała. „Mamo, co zrobisz jak ja umrę?”. „Nie wiem synek”. A on na to:
„Tylko nie mów, że się powiesisz, bo nie chcę słuchać głupiego gadania!”.  Pewnego dnia, kiedy mama Kamila przygotowywała
śniadanie młodszym dzieciom, Kamil zawołał: „Mamo, chodź, bo ja już idę. Mogę
iść już, mamo, mogę? Mamo, Ty przyjdziesz? Przyjdziesz, mamo?”. Kobieta tak oto
kończy wspomnienie: „Pomagałam mu trzymać świecę. Najpierw osunęła się ręka,
potem głowa”. Kamil poszedł.

Tekst podpisał dr hab. nauk med.
przyznając, że Kamil zmienił również i jego życie.

 

Kamil był wolny. Zrozumiał to, na
zrozumienie czego nam pewnie zabraknie czasu. I choć brzmieć to może dosyć
dziwnie, wierzę, że umarł pięknie. Bo choć kochał mamę, rodziców i stosy
zabawek, nie pozwolił, by ktoś po nim cierpiał. Wiedział, że cierpienia nie da
się do końca uniknąć, ale nie chciał przysparzać innym dodatkowego bólu.
Odszedł z podniesionym czołem nie pozwalając, by ktoś za nim podążał. Wiedział,
że sam musi przejść tę bramę. I zrobił to w bólu, który już dobrze radził sobie
z morfiną. Ale nie wiązał się kurczliwie ze łzami matki. Wiedział, że musi być
wolny, by – zostawić ją wolną. Nie mógł przywiązać się kroplówką do jej
spódnicy, bo wiedział, że to i tak nic nie da, a mamie niewygodnie będzie się
chodziło po domu. I tak odszedł – wolny, pozostawiając innych wolnymi. Spojrzał
w przyszłość bez lęku.

 

Jeżeli to nie jest wolność, to ja
nie wiem, czym ona może być.

Wolność nie jest nadymanym
marzeniem, by wydłubać oczy wszystkim moim obawom. Wolność musi być Kamilem. Bo
takie jest chrześcijaństwo – ku wolności nas wyswobodzono. A tak bez wielkich
słów – wierzę w to swoją ułomną wiarą.

 

W jakiejś gazecie wyczytałem, że
wolność, to pogoń za tym, co mi się podoba. Że wolność, to robienie tego, na co
mam ochotę. Że wolność, to nieliczenie się z Drugim. No cóż, ja raczej zaufam
Kamilowi…

 

Każdy ma
swoją świątynię. Swoje ciche miejsce, gdzie ucieka przed wszystkim i
wszystkimi. Ja też takie mam. Miejsce niezidentyfikowane i nie do odnalezienia
w żadnej z internetowych wyszukiwarek. Miejsce, które nazwałem „Przechowalnia”.

 

W mojej
Przechowalni nie ma zbyt wiele mebli. Sprzętu też tam niewiele. Prawdę mówiąc –
niczego tam nie ma z wyjątkiem kilku zakurzonych myśli, rozdrapanych wspomnień,
utuczonych lękami emocji.

W mojej
Przechowalni sam sobie gotuję. Odstawiam na bok śniadania serwowane z
podgrzewanych banałów i przestarzałych nonsensów oraz irracjonalnych drugich
dań. Wstając o poranku przyrządzam sobie jajecznicę z czterech prawd na
delikatnie wysmażonym słowie. Palce lizać.

Niestety
ostatnio nie za często zaglądam do Przechowalni. Może z obawy, że będę musiał
przetrzeć kilka zakurzonych luster, które z pewnością pokrył już kurz. Może z
wmówionego sobie braku czasu (w którego, tak na marginesie, istnienie nie
wierzę). A może zwyczajnie – zaczynam się adaptować do tego co serwuje mi świat
i wolę nie ryzykować. Bo każda wizyta w Przechowali otwiera oczy na nowo.

Pocieszam się
faktem, że piszę te słowa. Znaczy to, że kluczy do mojego domu jeszcze nie
zgubiłem.

Przechowalnia.
Schowałem tam wiele osób, które odwiedzam. Z niektórymi rozmawiam, do innych się
tulę, a jeszcze innych unikam jak marynarz Trójkąta Bermudzkiego. 

 

Każdy ma
swoją Przechowalnię. Ja też. Niech oknem do niej będzie ten blog.

Drugi

Brak komentarzy

Dziś naszły mnie dziwne myśli.
Otoczyły jak młode piranie niesforną rybkę.
Otoczyły, i patrzą na mnie oczekując mojego najmniejszego poruszenia, by ponownie zaatakować.
Póki co, przyglądają się w bezruchu…
Ale wystarcza sama świadomość, że istnieją, by zrobiło się ciężko na żołądku.
Pytań jest wiele, ale odpowiedzi niestety już mniej.

Kiedyś wymyśliłem sobie zasadę własnego myślenia, zasadę stawiania pytań. Nią próbuję się do dziś kierować.
Brzmi ona dość niepozornie:
„Każda DOBRA odpowiedź, na DOBRZE postawione pytanie MUSI rodzić kolejne pytanie…”.
Niewiele jest pytań na tej ziemi, na które da się odpowiedzieć satysfakcjonująco. Bo nawet interpretacja i znaczenie słów, którymi będziemy starali się odpowiadać, mogą być (często są) różne.
Jedno z przykładowych pytań, które sam kiedyś zadam Bogu (ale nie tu – tam, po śmierci) brzmi:
Dlaczego zło spotyka tych, którzy pragną dobra, małych, niewinnych ludzi,
którzy nie zdążyli nawet zachłysnąć się porządnie powietrzem…? Dlaczego?”.

Dziś nie mam odwagi zadać tego pytania, bo wiem, że jestem za głupi, by pojąć odpowiedź.
„Tam”, nie będzie barier… Będę mógł spojrzeć Mu w oczy, oprzeć głowę na dłoni i wsłuchiwać się w Jego tłumaczenia.
Ciężko mi to pojąć, bo główka się buntuje, ale wiem, że i w tym jest Jego dłoń. Dłoń Ojca. Nie starca z długą brodą, nie dziadka z liczydłem grzechów w dłoni, ale Ojca – Tego, który chce, by dzieci wdrapywały się na kolana.

To jedno z pytań, które wbija mi codziennie cieniutką szpilkę prosto pod serce. Jedno z pytań, które musi poczekać.
Ale rozum woła o odpowiedź. Buntują się wszystkie zmysły.
Na chwilę obecną sam sobie odpowiadam: „Nie wiem człowieku, nie wiem. A gdzie jest w ogóle napisane, że musisz poznać odpowiedź na każde pytanie, które cię dręczy? Z pewnością nie ma takich słów w całym Piśmie”.
Czasem pytanie jest jak ściana. Stajesz przed nią, krzyczysz, walisz pięściami, a ona nadal stoi niewzruszona… Im bliżej podchodzisz, im głośniej krzyczysz – tym bardziej nie do wytrzymania staję się Twoje własne echo…

Głupi jest ten, kto przestał pytać. Ale czy nie jest głupszy ten, komu się wydaje, że znajdzie odpowiedź na każde pytanie?

Siadam dziś wieczorem, przed snem, z komputerem na kolanach. Robię listę pytań, które Mu kiedyś zadam – spisuję je, nie chcę żadnego pominąć…

Pierwszy

Brak komentarzy

Kiedyś większość rzeczy musi mieć miejsce pierwszy raz.
Pierwszy ząb, pierwszy włos pod lewą pachą, pierwszy wzrok zawieszony na dziele sztuki i… pierwszy dzień w sidłach blogowej sieci.
Nie przypuszczałem, że dam się na to złapać. A jednak…
Dlaczego szpagat? Bo szerzej się już nie da…
Dlaczego filozoficzny? A dlaczego nie?
Jeżeli ktoś zabłądzi i trafi niefortunnie na tę stronę, to lojalnie uprzedzam – nie spodziewaj się tu znaleźć niczego więcej, prócz kilku niedorozwiniętych refleksji dotyczących szeroko (wąsko?) rozumianego życia.


  • RSS